Obiecanki PiS-u, kosztowałyby nas – ok. 800 mld zł rocznie

 

gospodarka

Photo: Wikimedia.org

 

 

Każda osoba, która choć trochę interesuje się prawdziwą ekonomią, doskonale zdaje sobie sprawę z niewolniczej roli naszego kraju. Finansjera ukradła nam wiele atutów: suwerenność NBP czy kontrolę nad złotówką, co doprowadziło do założenia kajdan na ręce polityków w  postaci rosnącego zadłużenia.

Nie tylko ja twierdzę, że można odbudować Polskę w każdej dziedzinie, od wojska po służbę zdrowia. Jedynie co trzeba zrobić to przeciwstawić się wyzyskowi i odzyskać władzę nad złotówką. Oczywiście tych zadań jest dużo więcej, ale podstawą jest wygranie walki na podłożu ekonomicznym. Wtedy dopiero możemy realizować szerokie programy naprawcze w innych dziedzinach. 

Zapraszam na znakomity wywiad Ryszarda Opary z Józefem Kamyckim o przywróceniu Polsce niezależności ekonomicznej.

R.O.Twierdzi Pan: trzeba w narodzie budzić świadomość monetarną. Po co? Od pieniędzy są bankowcy, którzy przecież się na tym znają. Po co przeciętnemu Polakowi wiedza o tym jak pieniądze się rodzą czy umierają. Czy nie lepiej zająć się sposobem, aby nasze portfele były po prostu trochę grubsze?

J.K. – Polacy, jakoś nigdy – głowy do pieniędzy nie mieli. Zawsze, (z wyjątkiem krótkiego okresu w którym ministrem skarbu był J. Zdziechowski), w sprawach monetarnych braliśmy przykład z cudzoziemców Polscy królowie „siedzieli” w kieszeniach: Bonerów, Tynfów, Boratinich. Oni dostarczali srebro, złoto do królewskich mennic, bili monety – ONI byli rzeczywistymi władcami tego kraju. Jakoś to do nas nie dociera i nawet w ogóle nie analizujemy niektórych, zagadkowych epizodów w naszej historii. Mało kto wie, że w czasach wolnej elekcji, królów obsadzały nam… domy bankierskie. Działo się to, przy pomocy srebra (chodzącego pod stołem), które odgrywało znaczącą rolę w polityce. Było to srebro saskie, szwedzkie i rosyjski złoty jurgielt. Społeczeństwo o tym nie wie, nikomu nie zależało też na tym, aby się chwalić. Łatwiej było „perorować” o Polskiej Racji Stanu.
Zajmowanie się pieniędzmi, zawsze było niegodnym dla Polaka, szlachcica i katolika. Coś z tamtego okresu w naszych genach pozostało. Skwapliwie korzystają z tego, teraz nasi ekonomiczni okupanci.

Co to znaczy: „Ekonomiczni okupanci”? Czyżby Polska nie była krajem suwerennym?

Suwerennym państwem w obecnej dobie, są państwa mające silną armię albo silną gospodarkę, a najlepiej jedno i drugie. RP żadnych z tych warunków suwerenności nie spełnia. Żyjemy w czasach, w których panuje tzw. „racjonalna logika szczurzego króla”.(Nawet odpowiednio dobrano ministra). Słabszy staje się pożywieniem silniejszego. Ot, takie racjonalne wykorzystanie „okna możliwości”. Jeżeli, na dane państwo można nałożyć trybut – daninę, to dlaczego tego nie zrobić. Nie zrobimy tego my, to zrobią inni. Ten trybut jest haraczem wyprowadzanym głównie przez system bankowy; sieci sklepów wielkopowierzchniowych a także poprzez import wykwalifikowanej siły roboczej – taki współczesny jasyr.

No tak, ale w czym może tu pomóc szerzenie świadomości monetarnej?

Polakom wydaje się, że wszystkie pieniądze zostały stworzone na 3 dni przed początkiem świata, a my jesteśmy skazani na to, aby je pożyczać. Te pieniądze gdzieś są czyjąś własnością i że my musimy słono płacić za możliwość ich używania. Skłonni jesteśmy nawet „lizać dupę” bankom za to, że łaskawie świadczą dla nas te usługi. Ta błędna świadomość „kosztuje” nas około 130 mld zł rocznie.

Czy to nie naturalne, że jeśli nie mamy pieniędzy i chcemy zaspokoić jaki cel, potrzebę; wcześniej niż możliwe – korzystamy z pożyczki. Pożyczkodawca, za tę usługę ma prawo dostać dochód – odsetki?

Takie rozumowanie jest racjonalne z poziomu gospodarstwa domowego lub przedsiębiorcy, a nie z poziomu państwa. Cały wysiłek bankierskiej propagandy idzie w kierunku, aby właśnie traktować państwo jak indywidualnego obywatela. Przeciętny Polak nie wie (jest nadal i to bardzo skutecznie utrzymywany w tej nieświadomości), że choć on nie może wytwarzać pieniądza, to państwo może i że jest to jego podstawowy konstytucyjny obowiązek.

Co to znaczy, że państwo może wytwarzać pieniądze? Czy chodzi tu o tzw. „dodruk pieniądza”?

Znowu powróćmy do stanu naszej monetarnej świadomości. Otóż gdzieś tam w podświadomości mamy zakodowane, że pieniądze nam potrzebne – ktoś ma. Tak jak wcześniej powiedziałem Polacy, myślą, że pieniądze stworzone zostały 3 dni przed początkiem świata i został nimi obdarowany jakiś naród wybrany. Albo, że są, bo ktoś w skarbcu ma tony złota, na które wystawił noty bankowe. Taką narrację przyjmuje nawet większość naszych profesorów wykładających bankowość i finanse. „Dyżurny błazen” III RP: Pan Leszek Balcerowicz ufundował Nam… zegar długu publicznego, którym straszy obywateli. Wmawia nam, że te pożyczone pieniądze musimy oddać, a my w to wierzymy!

No jak to: pożyczamy pieniądze, których nie ma? Jakieś bzdury albo bajki… Jakże można pożyczyć coś czego nie ma?

„Bankowa propaganda”, odwołuje się do „racjonalnej logiki”. Na chłopski rozum, rzeczywiście, nie można pożyczyć czegoś czego nie ma? Tu dochodzimy do sedna sprawy. Jeśli wyrzucimy z głowy brednie pochodzące z epoki pieniądza kruszcowego, to okaże się, że Jahwe nie stworzył wszystkich pieniędzy świata od razu i nikogo nimi nie obdarował. Teraz złoto jest „wypłukiwane z powietrza” przez bankowych sztukmistrzów. Nazywa się to kreacją pieniądza dłużnego. To jest wyjaśnienie zagadki, tego ewenementu, że… pożyczamy coś czego nie ma a na dodatek „to coś” – ma wartość.

A na czym to polega?

Jeżeli bank udziela pożyczek z lokat i depozytów -nic istotnego w systemie bankowym się nie dzieje. Sytuacja staje się ciekawa, kiedy po kredyty zgłasza się więcej chętnych niż bank ma na to pokrycie. Bank nie odprawia tych klientów z kwitkiem mówiąc: Panie X przepraszamy… nie mamy na dziś w kasie pieniędzy. Nie ma pieniędzy też na rynku międzybankowym – niech pan trochę poczeka, aż ludzie pospłacają kredyty. Proszę się z nami jednak kontaktować…,pamiętamy o panu. Nic takiego…

Ten nadmiarowy klient to żyła złota, która na własnych nogach przyszła do banku. Wystarczy że ma zdolność kredytową i potrafi udowodnić, że pieniądze odda. Wtedy można, w majestacie instytucji bankowej, te pieniądze wyjąć… z niczego. Operacja całkowicie bezpieczna, a klient i tak się nie zorientuje – co tak praktycznie dostał. Pieniądze zostały „wykreowane” – z powietrza.
Polak – na ogół – tego nie wie. Nie tylko Polak. Amerykanin, Niemiec, Francuz także.
Jeżeli ktoś sądzi, że opowiadam głupoty, to zapraszam na oficjalną stronę NBP, gdzie prezentowana jest statystyka monetarna i finansowa. Najważniejsze sprawozdanie nazywa się „Podaż pieniądza M3 i czynniki jego kreacji”. Powtarzam „kreacji”. Warto tam zerknąć, aby zobaczyć ten cud. System bankowy obecnie pożycza ponad 250 mld zł więcej…niż znajduje się w nim depozytów!!!

Rozumiem, ale tak naprawdę po co Kowalskiemu świadomość monetarna – jak i tak pożyczone pieniądze musi zwrócić, bez względu na to czy są one wykreowane, czy pochodzą z depozytów?

Kowalski dbając o swoje interesy, powinien zastanowić się: czy pieniądze na kredyty są kreowane przez Narodowy Bank Polski, czy przez zagraniczne banki centralne. To ma bowiem bezpośredni wpływ na jego kieszeń. Obsługa długu publicznego kosztuje nasze państwo ok. 50 mld zł rocznie. Gdyby NBP odzyskał suwerenne prawo emisji pieniądza, III RP mogłaby całkowicie zrezygnować z podatku dochodowego i jeszcze trochę by zostało. Te wykreowane pieniądze, to pewna procedura, pozwalająca na uzupełnienie pieniądza w gospodarce, podobnie jak organizm ludzki nie płaci za powiększającą się ilość krwi w organizmie, w okresie wzrostu. Tę krew organizm wytwarza sam.

Nie sądzi jednak Pan, że to jest wina państwa, że zadłuża nasze społeczeństwo? Przecież państwo może stosować politykę zrównoważonego budżetu. Wtedy nie ponosilibyśmy tych kosztów.

Taka jest właśnie narracja propagandowa naszych okupantów ekonomicznych. Jesteśmy zadłużeni. To nie jest jeszcze tragedią, ale jesteśmy wciągnięci w pętlę zadłużenia!!! Banki bowiem, nie kreują pieniędzy na odsetki. Wkładają do gospodarki taką rurę „odkurzacza” i wysysają z niej pieniądze. W rezultacie społeczeństwo i państwo są zmuszane do zaciągania kolejnych kredytów, aby spłacać poprzednie. Proponowanie w tej sytuacji tzw. „zrównoważonego budżetu”, jest taką zwykłą bzdurą ekonomiczną, pasującą jedynie do wyobraźni Balcerowicza, Korwina-Mikke i ludzi im podobnych.

A jednak np. w ubiegłym roku, ilość pieniądza w obiegu, według danych NBP, zwiększyła się o kwotę ponad 51 mld zł. To coś chyba z tym „odkurzaczem” jednak nie tak.


To dowód, na tkwiące w naszej gospodarce potężne możliwości. Pomimo strat ponoszonych przez wprowadzenie zakazu rozproszenia emisji przez budżet (art 220 p2 Konstytucji RP) – wynoszących ok 50 mld zł rocznie i potwornego „garba” odsetkowego szacowanego na około 100 mld zł rocznie w systemie bankowym pieniędzy przybywa. Dzieje się to głównie, za sprawą naszego eksportu oraz wpłat przekazywanych do naszego kraju przez emigrantów. Towary i usługi eksportujemy płacąc pracownikom niskie stawki. Zrzucając z ramion Polaków, narzucony „banksterski” dyktat/trybut w kieszeni każdego obywatela, pozostałoby ponad 3 tys. zł rocznie! Polacy się o to nie upominają, bo o tym po prostu nie wiedzą.
Słynny Art.220 p.2 Konstytucji mówi: że NBP nie może pokrywać potrzeb pożyczkowych państwa, był naszym aktem kapitulacji władz RP. Do tej pory emisja pieniądza (przez NBP) była rozpraszana poprzez budżet w gospodarce. Musimy wrócić do tego systemu – w imię Polskiej Racji Stanu.

Powróćmy jednak do długu publicznego. Praktycznie go nie spłacamy jedynie rolujemy na następne okresy. To jak to jest? – mamy ten dług publiczny czy go nie mamy jak nikt się o niego nie upomina.

Jeśli ktoś chce, te długi spłacać, niech je spłaca -ale proponuję beze mnie. Cyfry długu publicznego wykazywane przez zegar Balcerowicza, pochodzą z oszustwa. My nie mamy żadnych zobowiązań prawnych i moralnych, aby je spłacać. Proszę zauważyć, że banki komercyjne, wcale się o ten dług nie upominają. One wiedzą, że nie maja do tych kwot prawa. Zadowalają się odsetkami. To im wystarcza. To jest właśnie ok. 50 mld zł rocznie. Aby zrozumieć to zjawisko trzeba mieć elementarną wiedzę na temat mechanizmów rządzących emisją pieniądza i o sposobach rozproszenia emisji. Polacy tej wiedzy nie mają, trudno byłoby więc zastosować wariant węgierski. Premier Wiktor Orban do budowy świadomości monetarnej wykorzystywał… kółka różańcowe. Na Węgrzech, była przedtem całkowita i bezwzględna blokada tych tematów w mediach głównego nurtu/ścieku.

To może by Pan powiedział co kryje się za pojęciami emisji i rozproszenia emisji.

W obecnej publicystyce ekonomicznej widać zanik terminów: „równowagi towarowo-pieniężnej” i „nadpłynności banków”. Warto byłoby do nich powrócić. System bankowy jest skonstruowany tak, aby zapewnić równowagę towarowo-pieniężną, przy w miarę stałych cenach. Pieniądza nie może być na rynku ani za dużo ani za mało. Za dużo pieniądza to pociąganie za ogon potwora inflacji, za mało to widmo stagnacji gospodarczej i bankructw. Gdybyśmy porównali to do samochodu: Rada Polityki Pieniężnej ma pod swoją stopą pedał gazu tzw. operacje dostrajające, a NBP pedał hamulca tzw. operacje aprecjacyjne. Samochód gospodarki powinien się poruszać z szybkością 2,5% tzw. celu inflacyjnego. Ta szybkość ma być utrzymana zarówno wtedy jak jedziemy z górki lub pod górkę. I tak:
1. RPP ustala stopy procentowe. Banki komercyjne – dealerzy rynku pieniężnego – są zobowiązane podciągać stopy udzielanego kredytu, do wysokości czterokrotnej stopy lombardowej. Podnosząc stopy odcinamy dopływ pieniądza do gospodarki, obniżając je – forsujemy akcję kredytową.
2. NBP widząc zagrożenia, pozbawia banki komercyjne nadpłynności, sprzedając bony pieniężne. Banki komercyjne reagują na te sygnały odpowiednio ustawiając kryteria zdolności kredytowej.

W największym skrócie, jeśli by przez emisję pieniądza rozumieć – sterowanie ilością pieniądza w gospodarce – to obecnie dzieje się to metoda pośrednią. O ilości pieniądza w gospodarce decyduje ilość chętnych do brania kredytów. Stać cię na kredyt/pieniądze z banku – to je dostaniesz. Bardzo demokratyczne – nieprawdaż? Nie trzeba się zapisywać w kolejki, nie trzeba mieć szwagra w banku. Pełna demokracja! Tylko, proszę zrozumieć, że na początku wprowadzenia tego systemu, płaciliśmy odsetki na poziomie… 100% w skali roku. Ten system nie jednemu odebrał chęć do życia.

Jednak wśród pożyczkobiorców są tacy…jakby szczególnie cenni – dla systemu bankowego. Są nimi głównie budżety państw. Proponuję, abyśmy poświecili im trochę czasu.

Dlaczego właśnie ci pożyczkobiorcy: budżety państw – są tak bardzo cenni dla systemu bankowego?

Pożyczkobiorca indywidualny/przedsiębiorca ma ograniczoną zdolność kredytową, obarczoną dość znacznym ryzykiem. Przychodzi także po kwoty na ogół niewielkie. Duże ryzyko, mały zarobek. Natomiast jeśli pożycza państwo… wiadomo, że spłacić musi i ma z czego (ściągnie ostatnie portki z z podatnika i spłaci). Państwo przychodzi też, po kwoty ogromne. Jest to więc wyjątkowa okazja aby dokonać tzw. pierwotnej emisji pieniądza poprzez bank centralny. Dzieje się to tak:

1. Państwo ogłasza sprzedaż obligacji skarbu państwa.
2. Kupują je banki komercyjne, nie mając w tym momencie żadnych pieniędzy lub traktując to jako świetną okazję do zwiększenia swoich aktywów.
3. Mając w garści obligacje rządowe zgłaszają się do swoich banków macierzystych – po kredyty lombardowe. W FED, EBC i Banku Anglii otrzymują je prawie na zerowy procent.!!!
4. Banki centralne na to czekają. Z powietrza powstaje pieniądz elektroniczny i przekazywany jest jako zapis do banku komercyjnego. Ale to nie wszystko. Te same obligacje mogą służyć do wykreowania pieniądza wielokrotnie. Ten proces nazywa się „podwójnym de-lewarowaniem”. (Oczywiście Polacy myślą, że te wydrukowane pieniądze, leżą równo – poukładane na paletach).
5. Banki komercyjne przekazują pieniądze do budżetu i czekają na odsetki. Instytucje „rejtingowe” dbają, aby były one duże. Pół dnia roboty i 7% pewnych pieniędzy jest w kieszeni.
6. Budżet państwa pieniądze konsumuje w formie płac oraz zapłat za świadczone usługi i kupowane towary, trafiają one do gospodarki. Mówimy: że gros rozproszenia emisji następuje przez budżet.

Nie rozumiem: czym tak naprawdę emisja różni się od dodruku pieniądza? Przecież to jest dodruk!

Biorąc pod uwagę kwoty, można tak wnioskować. Emisja jest to proces kontrolowany poddany twardym regułom. Te reguły nazywa się strategiami kotwiczenia waluty. Jeśli natomiast emisja wymyka się tym regułom, to mówimy o dodruku pieniądza. Przy pieniądzu „fiducjarnym” – (pieniądzu opartym na umowie społecznej), niezwykle ważnym staje się problem obrony zaufania do waluty. Jak pokazują przykłady Argentyny, czy choćby Rosji, aby dokonać ataku na państwo i doszczętnie go ograbić, nie ma potrzeby wysyłania czołgów. Wystarczy dokonać ataku na walutę.

Taki atak zawsze jest skuteczny, kiedy wartości nabywczych pieniędzy – nie broni się siłą gospodarki. Tej wiedzy w naszym społeczeństwie BRAK. Gospodarka u nas sobie i pieniążki sobie.

Odbiegliśmy trochę od tematu. No to jak jest w końcu: budżet pożyczył te pieniądze czy nie? Co by było gdyby tego nie zrobił?

Odpowiedź jest prosta: Ci co planują deficyt budżetowy – de facto – decydują o emisji pieniądza. O ilości pieniądza, którą należy dosypać do gospodarki, aby ona się nie zadusiła. Nieprawdą jest np. twierdzenie wychodzące z obozu Korwina-Mikke:, że każda emisja okrada nas wszystkich i jest nałożonym na społeczeństwo podatkiem inflacyjnym. Bzdurą jest także powtarzanie bredni o tym, że jakaś ograniczona ilość pieniądza – jest w stanie obsłużyć wszystkie transakcje w gospodarce. Nie widać tego z poziomu gospodarstw domowych, ale doskonale obserwują to przedsiębiorcy. Oni to wystawiani są na niszczące działanie zatorów płatniczych. I tu znów Polak nie powinien dać się ogłupić wolnorynkowym sloganom, że jest to cena, jaką musimy płacić, za automatyczną alokację kapitału do branż innowacyjnych. Jest to logika obarczona stęchlizną małego, starego sklepiku, kompletnie pomijająca procesy inwestowania w naukę technologię i bazę wytwórczą.

Społeczeństwo powinno wiedzieć, że zakazano nam suwerennej emisji pieniądza i rozproszenia emisji przez budżet. Na szyi mamy wisielczy sznur „garba” odsetkowego, a nad nami topór długu publicznego. Wszystko przygotowane przez naszych „przyjaciół”.
Społeczeństwo powinno wiedzieć, że emisja suwerennego pieniądza to oddanie mu tego, co zabrała im inflacja (spadek siły nabywczej) i że jest to pieniężny ekwiwalent na wykup wzrostu PKB. Te pieniądze są nasze i od nikogo nie powinniśmy ich pożyczać.

Jak to zatem powinno wyglądać po odzyskaniu naszej suwerenności monetarnej?


Pieniądze powinny być emitowane z wykorzystaniem formuł emisyjnych tak jak to było przed 1997 rokiem, a rozproszenie emisji powinno następować przez gospodarkę a nie przez budżet. Rozproszenie przez budżet stanowi wielka pokusę dla różnych partii populistycznych – (w trakcie kampanii wyborczych). Jak ktoś policzył, obiecanki PiS-u, kosztowałyby nas – ok. 800 mld zł rocznie! Tu PiS włączył „racjonalna logikę szczurzego króla”. Dlaczego my nie możemy obiecać. Jeśli nie my, to obieca ktoś inny i wygra wybory. Jest to temat na dłuższa, następną rozmowę.

Rozproszenie emisji przez gospodarkę stworzy, natomiast, trwałe podstawy jej rozwoju. Pieniądze do budżetu dotrą, tylko że w formie podatków od zwiększonej puli wytwarzanych dóbr, zwiększonej ilości konsumentów, i zwiększonej ilości pracujących. Nawet o sławetny art. 220 nie będziemy musieli wtedy kopii kruszyć.

Dziękuję za rozmowę i umawiamy się na następny termin aby omówić problemy „rozproszenia emisji” na dokapitalizowanie polskiej gospodarki i o korzyściach jakie z tego mogą odnieść Polacy.

Przedruk ze strony:  ryszard.opara.neon24.pl

 

Bóg, Biblia, Chrystus, Jeszu, jezus Chrystus Robert Brzoza

 

 

Darmowe Info na Twojego Maila !

  Wpisz w poniższy formularz swoje imię, e-mail i kliknij przycisk „Uzyskaj Dostęp”, a ja będę wysyłał Ci najświeższe info o kłamstwach historycznych, sprzedawczykach polskich, zakłamanej ekonomii i wiele więcej…

Twoje dane są bezpieczne

 

2 Responses to “Obiecanki PiS-u, kosztowałyby nas – ok. 800 mld zł rocznie”

  • Kazinmierz on 10 września 2014

    Cyt.z Pana artykułu ,

    Jak ktoś policzył, obiecanki PiS-u, kosztowałyby nas – ok. 800 mld zł rocznie! Tu PiS włączył „racjonalna logikę szczurzego króla

    Nawe wiem kto, Bandycko złodziejska szajka peowska and
    bolszewicka formacja niejakiego devianta o ksywie – Tse Tse

    Ps.nie jestem zwolennikiem formacji o której mowa -w 3/4 to matoły.

    Może więc Pan wyjaśni z kąd ta kwota 800 mld.

    Z poważaniem Kazimierz A K

  • Robert on 10 września 2014

    To nie są moje obliczenia, tylko Pana Józefa Kamyckiego, z którym jest wywiad.
    Zapewne zostały policzone koszty obietnic wyborczych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *